poniedziałek, 3 listopada 2014

bezsilność











B E Z S I L N O Ś Ć


,,I wybacz mi, że nie uratuję Cię przed emocjami.
przed bólem, którego mimowolnie doświadczysz.
że nie umiem zatrzymać bladości na Twoich policzkach.
wybacz mI.''





Widziałam go. Widziałam człowieka, chociaż nie powinnam.
Mimowolnie stałam się częścią jego intymności, którą niezdarnie starał się skryć przed światem.
Widziałam go narysowanego emocjami.
Stał w tym całym gwarze zapadającego zmroku. Był jeszcze smutniejszy od słońca, które chowało się za horyzontem.
Oprócz szarych ubrań, sadzę że nosił również szare myśli.
Nigdy się nie dowiem kto był powodem jego słonych łez.
Nigdy się nie dowiem, czy ktokolwiek nim był.
Ale w przeciągu tych kilku minut, gdy zarażałam oczy jego smutnym obrazem, zrozumiałam najprostszą oczywistość.
Czasami jesteśmy bezsilni. Wobec uczuć, szarpiących nas wyrzutów sumienia, wobec tragedii, które są nieodzowną częścią życia. Tyczy się to wszystkich potknięć, wszystkich chwil, gdy nie potrafimy wykrzywić ust uśmiechem a jedyne czego jesteśmy pewni, to tego, że powietrze jest wilgotne od smutnych melodii. Nie ma w nas grama pozytywnych emocji. Nie ma w nas ani jednej cząstki nadziei. Stoimy w jednym miejscu, jakbyśmy urodzili się dla przegranej. Stajemy się jednym wielkim bólem. Wszystkim tym, co nas rozdziera na kawałki, co powoduje pulsowanie nerwów. To nie ma nic wspólnego z poczuciem bezpieczeństwa, którego potrzebujemy bardziej niż bogactwa. I na nic jest wtedy przypominanie sobie pocieszających głosów. 
Proste ,,będzie dobrze'', nic nie znaczy. Chociaż będzie.
To są te chwile, gdy świat nas oszukuje. Gdy złe emocje trują przełyk. 

W przeciągu tych kilku minut, zrozumiałam, że w momencie, gdy jesz śniadanie, idziesz na spacer bez grama ,,problemów'', ktoś upada. Ktoś musi przez kilka chwil żyć z poczuciem samotności. Zamknięty w kręgu tych wszystkich parszywych słów, w myślach atakujących jak partyzanci.
On jeden i miliony cierpkich uczuć.

Patrząc na tego człowieka dopisałam mu zapewne nieprzespaną noc. Dopisałam mu podpuchnięte oczy i zaczerwienione policzki przechodzące w bladość, jakby nigdy w jego skórze nie pulsowała krew.  
I oddychałam nierówno, nie kontrolując zesztywniałych kroków.
Patrzyłam na niego i w tej całej fali zaskoczenia, przejmując jego emocje chciałam go zarazić nadzieją.

Ale znów wracam do punktu wyjścia. 
Czasami jesteśmy bezsilni. Przez ułamki sekund. I musimy sobie na to pozwolić.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz