czwartek, 18 grudnia 2014

pióro




P I Ó R O


(chcę. nie chcę. nie wiem.
przepraszam. to jedyne, co pewne w tej całej niepewności)



Wybacz mi kroki nad ranem. Te po kryjomu, by nie zbudzić Twoich delikatnych powiek ze snu.
Wielokrotności moich tęsknot za Twoim pełnym uśmiechem i radości moich ramion, w których chroniłem Cię w momentach Twoich słonych upadków. to też mi wybacz.
I jeszcze to, że przypatrywałem się Twoim dłonią, kiedy plotłaś niesfornego warkocza. Uwielbiałem Twoje włosy, a właściwie nadal uwielbiam, bo ich zapach zakorzenił się w moich wspomnieniach.
Również to, że do dziś pamiętam krok po kroku jak opowiadasz te wszystkie śmieszne historie. Miałaś w sobie tak wiele życia, tyle energii, tyle prostoty, o której zabiegani zapominamy w zwykłej rutynie dnia. Ale nie Ty. I nie ja przy Tobie.
Za moje niedowierzanie, że płaczesz na filmach. że po prostu płaczesz. Że mam Cię przy sobie. Że uczysz mnie definiować wrażliwość.
Nie powinienem nigdy tak bezczelnie marzyć o tym, byś nigdy nie znikła. Bałem się, że odlecisz jak pióro. Jak zwykłe, małe, białe pióro. Że nie doścignie Cię tęsknota mojego głosu i ból, który wywołasz w moim sercu. 
A teraz to, czego się bałem jest oczywistością. Przeszywającą wszystko, co we mnie. Ta oczywistość nie pozwala mi spać, a kiedy już mi się to uda, nagle wydziera ze mnie sen i stawia przed moimi szeroko otwartymi powiekami puste miejsce, gdzie kiedyś spokojnie oddychałaś.
Gdybym wiedział, w którym momencie wypuszczałaś szansę dla naszego wspólnego świata, złapałbym ją jeszcze silniej i zakrapiał własną wiarą. Dobrze wiesz, ile jej we mnie zrodziłaś. 
A teraz kłócę się z rzeczywistością, przeklinam wszystko. Bo Ty jesteś we wszystkim. 
I w milczeniu i w moim martwym krzyku.





sobota, 13 grudnia 2014

duszność





D U S Z N O Ś Ć




(wykrztuszasz ze mnie ciepło. 
gorące fale spojrzeń, dławię się z niedowierzania.
niedowierzania o Twoim istnieniu.)





Trzymałaś kieliszek szampana w dłoni, upiłaś kilka łyków. Wystarczyło byś zostawiła na nim odbite usta. Wystarczyło bym pragnął zostać naznaczony czerwienią Twojej szminki. Twoich śladów na sobie.
Byliśmy w pokoju z gorącymi ścianami. Nie wiem już, który oddech był płytszy, nie wiem które z nas bardziej wiedziało, co się wydarzy, gdy tego wieczoru założysz czarną sukienkę i zepniesz włosy w kok. Uwielbiałem wyobrażać sobie jak stoisz przed lustrem i wygładzasz dłońmi materiał poczynając od biustu, przechodząc przez biodra i kończąc na udach. Idealne ułożenie kształtów Twojego ciała, tak jak wykorzystywanie ich również tego wieczoru, gdy Twoje oczy szkliły się w tym cholernie dusznym pomieszczeniu. To absurd, ale za nic w świecie nie chciałem ugasić temperatury. Wolałem płonąć i widzieć jak i Ty płoniesz. 
moja nieposkromiona...byłaś moja. Wiedziałaś o tym lepiej niż ja.
Jesteś tak szaleńczo kobieca. Wiedziałem to gdy zbliżałem się do Ciebie. Każdym krokiem burzyłem odległość, pisałem prośbę o Twój zapach każdym swoim zmysłem. Nie zapomnę jak stałaś bez ruchu, zupełnie onieśmielona i tak bardzo silna zarazem. Zdefiniowałem Cię najpiękniejszymi słowami, układając dłoń na Twoim karku. Wszystko kończyło się i zaczynało, gdy utwierdzałaś swój wzrok w moim. 
Do dzisiaj nie pojmuję jak pięknie komponujesz siebie całą. Każdego dnia. Układasz mi się w wyobraźni jak bukiet świeżych kwiatów. Owijasz mi myśli jak wstążka, która je utrzymuje. Malujesz mi wspomnienia delikatnym kolorem i potem zabarwiasz je coraz intensywniejszym odcieniem. Tak jak tego wieczoru, gdy zaraziłaś mnie swoim kunsztownym uśmiechem. Masz tyle wcieleń, tyle pięknych wcieleń a w każdym z nich Twoje biodra skradają moją kontrolę. Gdybym umiał, chciałbym namalować kreskami kształt tego jak się łączyłaś ze mną tego wieczoru...gdy wszystko przybrało odcisk postradanych zmysłów, kiedy zrobiłem ostatni krok. I nic nas już nie dzieliło. 
Wiedziałaś, że mnie oswoisz. Wiedziałaś, że będziemy jednością w sekundach, w minutach, w godzinach. 




piątek, 12 grudnia 2014

reszta jest zbędnością chwili







(na lekkim wydechu- słowo po słowie, emocja za emocją.
tylko dla siebie. reszta jest zbędnością chwili.)




Próbuje zagłuszyć myśli głośnym dźwiękiem uderzającym jak krzyk w moje uszy.
Odebrałaś mi kontrolę nad własnym poukładaniem dnia, nad kontrolą swoich uczuć.
Odebrałaś mi kontrolę nad zmysłami.  
                     nad słowem. 
                                nad ciepłem i zimnem wewnątrz mnie.
                                        bez pozwolenia.
Odebrałaś mi wszystko w toku sekund, które nas łączą.
I mimo, że na zawsze będą, nie chcę czuć odrętwienia w nozdrzach, gdy tylko przypominam sobie Twój zapach.
Nauczyłem się przy Tobie dotyku. Skradania dreszczy, unoszenia płuc w szybszym tempie.
Nauczyłaś mnie, że czarny nie jest kolorem smutku, a seksownym podkreśleniem błękitnych tęczówek. Cholera- tak bardzo seksownym...
Zatrzymałaś we mnie struny emocji, za które jesteś dogłębnie odpowiedzialna. Podpisuję Cię pod każdym swoim marzeniem o czymś w rodzaju ciepłego domu, z tłumionym zapachem Twojego ciała po kąpieli i odgłosu bosych stóp w salonie.
Tak pięknie pasujesz do białej pościeli. Bez żadnych zbędnych wzorów. Czystość wymieszana z kolorem Twoich lekko zarumienionych policzków. Nim się spostrzegłem, zrozumiałem, że istnieje tak wiele kobiet, ale tylko Ty nosiłaś spokój i szaleństwo w oczach, w sercu, w dłoniach.
Wszystko czego potrzebowałem tak bardzo kojarzy mi się z Tobą.
Uzupełniłaś moje dni. Uzupełniłaś poczucie bezpieczeństwa, którego tak mi brakowało.
Uzupełniłaś je jedząc ze mną owsiankę i pijąc whisky w za dużym swetrze.
Rozbudzałaś moje ramiona, gdy zasypiałaś w nich lekko wstawiona.
Nie umiem zliczyć minut, w których świat wydawał mi się tak bardzo pełny. Pełny mnie i Ciebie. Nas przy sobie, dla siebie, w sobie. 
Tyle razy rozumiałem przy Tobie znaczenie szczęścia we dwoje. 
Tyle razy przynosiłaś do mojego mieszkania świeżość, 
zatrzymywałaś na moich ustach uśmiech, skradałaś moje spojrzenia. 

A teraz, gdy zapalam lampki na choince, wiem że powinnaś tu być. I leżeć ze mną w jednym łóżku. Zarażać poduszkę wilgocią włosów, plątać moje stopy ze swoimi...
Więc powiedz mi, dlaczego muszę zagłuszać te wszystkie myśli?










niedziela, 7 grudnia 2014

,,Czuję się przez Ciebie brudny''










,,Czuję się przez Ciebie brudny, 
chociaż podobno jesteś taka czysta.''




,,Czekałem na nią.
Chociaż nikt mnie nie poinformował. Chociaż nie wiedziałem tego zapinając koszulę tamtego wieczoru.
Czekałem najpierw na unoszący się lekko przy ziemi dym tuż przy podłodze.
Potem na uderzenia głośnego dźwięku z głośników.
Czekałem na ten ogrom ludzi. Na całe zamieszanie, na szum, na klimat swobodnego aczkolwiek ciężkiego echa zapachu perfum i lanej wódki.
A później czekałem na to, żeby spojrzeć na wejściowe drzwi.
I na to, żeby w jednej sekundzie nie rozumieć niczego. Żeby stracić pewność i pytać siebie o niespodziewane zgubienie.
Bo zgubiły mnie jej nogi w obcisłych ciemnych jeansach, zgubiły mnie biodra którymi kołysała wchodząc zdecydowanym krokiem do wnętrza sali. I jak się okazuje również wnętrza mnie.
Czekałem na czerwone usta. Na niezwykle rozpromienione uśmiechem usta.
Była piękna.
Bardziej niż mogłem to sobie wtedy uświadomić.''







sobota, 6 grudnia 2014

oddech



ODDECH




(,,nie pozwalasz się doścignąć, 
pojąć, okiełznać.
Twoja niezależność odebrała mi skupienie.'')


Nie pytałem jej o marzenia.
Nie chciałem wiedzieć, że prócz pięknego uśmiechu ma też piękne myśli.
Nie umiałem dawkować jej w całości...a właściwie to jednak wcale nie chciałem.
Smakowała mi, kiedy dzieliłem wszystko, co w niej na kawałki.

                                                             w niej, na niej, poza nią, obok, byle by zmieścić przy tych słowach jej imię.
Nigdy nie wątpiłem w uczucia, ale przekonałem się o ich sile, dopiero gdy nie uciekała wzrokiem od mojego.
Nie była śmiała sama w sobie, ale śmiały był jej oddech, gdy chodziliśmy na wieczorne spacery.
Nie rozumiałem jak bardzo można je lubić. I znowu ona- ona uświadomiła mi, że powietrze można wdychać na co najmniej dwa sposoby. Jeden już znałem. Ociekał samodzielnością. Drugi, to dzielenie go z nią, chociaż nie wiem do cholery jak bardzo można rozdrabniać tak proste procesy jak wymiana dwutlenku węgla na tlen.
Tak...dokładnie...do cholery.
Nic przy niej nie pojmuję, chociaż tak na prawdę staję się coraz bardziej bogaty.
W nadzieję, w emocje, w słowa, w dotyk, w echo.
Zapisuję w palcach przyjemność, gdy muskam nimi jej policzki. Widzę jak moje tęczówki rozszerzają się i zacieśniają na zmianę, kiedy patrzę jak bez kontroli porusza swoim ciałem w klubie. Gdy w rytm piosenki tańczą jej biodra, nogi, ręce, włosy i nawet tańczy jej zapach, chociaż stoi kilka metrów ode mnie a ja mam wrażenie jakby przesiąknął nim mój cały rozsądek. Przysięgam, że go przy niej tracę. Nie mam z nim nic wspólnego. I nawet z tym nie walczę.
Jest echem każdego poranka, gdy nie zdążę nawet obudzić oczu- świadomość przypomina mi jej rysy twarzy.
Niesie się w zapachu porannej kawy, chociaż nie pijałem jej z nią zbyt często.
Widzę jak dobrze układa mi się w ramionach. Jakbym miał je zaprojektowane specjalnie dla niej.
Jest nawet wtedy, gdy staję na środku miasta, w centrum tętniącym jedną wielką mgłą spalin, wymieszaną z dźwiękiem setek wypowiadanych słów przez setki ludzi. A ja nie chcę tych potężnych liczb, bo do szczęścia wystarczy mi zwykłe jeden.
Wystarczyłoby trzymać tę nieposkromioną, niedosięgniętą w swojej niedoskonałości kobietę a mimo wszystko tak bardzo doskonałą. To jeden, tak trudne do opowiedzenia w całości, by nie pominąć żadnej linii, z której się składa.
Mógłbym przysiąść już dzisiaj, że dzięki niej narodziłem się na nowo.