czwartek, 6 sierpnia 2015

nieuchwytność



N I E U C H W Y T N O Ś Ć

(''chciałem nosić Twoje spojrzenia,
i jeszcze szepty od Ciebie.
ale nie złamane serce.'')



Kochałem Twoją nieuchwytność,
sposób w jaki mówiłaś światu o swojej wolności. Nauczyłaś się nieść odwagę w każdym kroku. Nęciłaś biodrami, jakbyś krzyczała, że Twoje ciało potrafi podnosić temperaturę oddechu. Miałaś tyle gracji, tyle energii, tyle lekkości jakby była Twoją bronią, siłą dzięki której nadzwyczajnie uczysz świat czym jest kobiecość.
Nigdy nie dopinałaś ostatnich guzików koszuli, podwijałaś kanty rękawów, zaznaczając, że perfekcja Cię nie dotyczy.
I wiesz?     P i ę k n i e     C i     b y ł o    w    t y m    n i e ł a d z i e.
Przekonałem się o tym, gdy w pośpiechu plątałem dłonie pod Twoją bluzką, kiedy nieuchronnie zakochiwałem się Twoich rozbawionych oczach a w drganiach ust, zapominałem o życiu bez Ciebie.
Mieszałaś świeże powietrze z zapachem spryskanych obojczyków tuż przed zaśnięciem, by przypomnieć mi jaką masz władzę nad moimi zmysłami. Rozpraszałaś mój sen, obecnością swojego nagiego ciała.
Uwielbiałem poranki pełne Twoich kroków na starej podłodze. 
Jak głupiec szukam Cię w ich chrobotaniu, gdy teraz jedynym, co słyszę otwierając oczy jest głucha cisza. 
Tylko Ty potrafiłaś budzić zapachem kawy i spokojem spojrzenia.
I nagle odeszłaś. Bez słowa. Bez wytłumaczenia. Bez mrugnięcia powiek.
Jedyne co zostawiłaś to nieuchwytność.




czwartek, 30 lipca 2015

bliżej niż blisko




B L I Ż E J      N I Ż     B L I S K O


(''milkne, gdy patrze, jak kołysasz oczy
                                     uśmiechem'')


Byliśmy tego dnia bliżej siebie. Absurd, bo nie ma to nic związanego z fizycznością.
                  chociaż nie zmieniłaś zapachu swoich nadgarstków,
                         mimo że znów musnęłaś różem policzki 
                         i znów w ten sam sposób kołysałaś biodrami,
                         to czułem Cię na swoich ustach intensywniej niż dotychczas

Niewiele rozumiałem, nie wiedziałem, że tego dnia wypowiem słowa, których dźwięk wzbudzi Twoje oczy do wzruszenia.
Niczego nie planowałem, ale to jest sednem.
To, że moje rozbiegane ręce nie spodziewały się, że tak bardzo polubią delikatność Twojej skóry, gdy byłaś jednym strumieniem dreszczu, kiedy dotykiem budziłem Twój szybszy oddech.
Przy Tobie ,,na pewno'' było zbędnością, bo uczyłaś mnie, że w Twoich oczach liczy się tylko moment.
Byłaś zamknięta w moich myślach, chociaż nigdy nie pozwalałaś mi poczuć, że dasz się oswoić. Uwielbiałem to, że byłaś nienamacalna, że gdy Cię doganiałem, uciekałaś wzrokiem, ręką, udem, bym mógł czuć lekką niepewność. Nosiłaś w sobie, coś o czym nie umiałem opowiedzieć. Twój zapach był unikalnością, bo jak żaden inny, pozostawiał ślady w mojej pamięci.
I właśnie tego dnia, gdy patrzyłem jak wiatr na szczycie góry, chwyta w obięcia Twoje włosy, zrozumiałem, że stałaś się częścią mnie, bo pełno Cię było we mnie. 
Wypełniałaś mnie emocją. Obraz Ciebie przyśpieszał bicie mojego serca. 
Dlatego chciałem Ci podziękować, że doświadczyłem przy Tobie miłości.








czwartek, 26 lutego 2015

niedopalenia





N      I      E     D     O     P     A     L     E     N     I     A 



''nakreślasz mnie cierpkim dreszczem,
wyrastam przez Ciebie w kolcach.
i przez Ciebie ból nosi się w moich oczach,
dłużej niżeli krótką sekundę''






Krok za krokiem. Błąd przekreślany kolejnym ruchem. Oddalam próżnię i i nie mam nic prócz tego co przede mną.
W domu bywam swoim własnym gościem. Nie chcę liczyć czasu, w którym zamykam za sobą drzwi i mięknę pod ciężarem łez. Tylko, gdy przekraczam próg mieszkania, bywam naturalnym stadium rozpaczy. Mały pokój, w którym gościłam się w Twoich silnych ramionach, przestał być azylem dla mojego szczęścia. Pozwalam teraz tu sobie umierać każdego dnia tak samo, chociaż czas powinien goić.
Znam w tętnicach puls, który nadal reaguje na wspomnienie Twoich spojrzeń, kiedy stawałam przed Tobą unieruchomiona przez wstydliwość zmieszaną z Twoją pewnością. Zawsze mnie paraliżowałeś, robisz to nadal, tylko teraz zastygam w emocjach pełnych najzwyklejszego bólu. Mogliby mnie pytać o to, co czuję, gdy w zimnym powietrzu brakuje Twoich porannych oddechów. Mogłabym im odpowiedzieć, nazywając to dogłębnie. Ale wiesz? Najtrafniejszym stwierdzeniem jest okrzyknięcie tego wszystkiego zjadliwym bólem. Każdy wieczór zaczyna się bólem, każde moje świadome uniesienie płuc, boli. Każde przebudzenie przynosi mi ostrą świadomość braku Ciebie. Każdy poranek to przeglądanie pustych spojrzeń w lustrze. Bez lekarstw, znieczuleń, zabiegów, przeżywam ból. Nie znoszę zapachu papierosów, których nigdy nie dopalałeś do końca. Nosiłam w płucach Twoje wydechy w moje uchylone usta. Upalałam się Tobą w całości. Po kres rozsądku. Po końce drżeń. Po sekundy rozżarzonych pragnień.
Chciałabym ocalić siebie od zatracenia, dlatego wciąż walczę. Wybieram resztki sił i mimo tego, jak bardzo pragnę byś był ze mną, oddalam wszelką rozpacz na tyle ile mogę, gdy zatrzaskuję za sobą codziennie zamek o siódmej czterdzieści dwie. W świecie, gdy szarość, echo, bicia serc na chodnikach dudni jak zamknięte dźwięki ogłuszające swoją częstotliwością, nie ma miejsca na moje łzy i rozbite serce. Ludzie mijają mnie, nie wiedząc że działam na rezerwach wytrzymałości. Każdego z tych cholernych dni, czekam by świat oszczędził mnie w tym, co czuję albo może lepiej w tym, czego już nie odczuwam. Jestem brakiem zatrzymanym w próżni, ale wyrywam się jak uciekinier z nadzieją, że nic nie trwa wiecznie. Nawet umieranie.











poniedziałek, 2 lutego 2015

zenit





Z E N I T


(Emocje są zenitem.
Ciebie nazywam moją emocją.
Emocją, która dzisiaj miażdży mi ciało.)



Zostaw mnie, zostaw mój oddech i odbicie czerwieni moich cierpkich ust na kieliszku wina, w którym zaryzykowałam spokój.
Zostaw mój szept i nie błagaj o oddech moich nagich westchnień, gdy biel pościeli brudziliśmy równaniem naszych ciał.
Zostaw moje dłonie i ślady moich stóp w naszym mieszkaniu.
Wszystko przekreśl, zabij i nie próbuj wskrzesić żadnego z otępiałych i wspólnych poranków.
Zabij to w sobie. Zabij we mnie.
Nie łącz naszych imion, tak jak przeplatałeś moje i Twoje myśli. 
Nie próbuj zarażać mnie wspomnieniem pocałunków na mojej śniadej skórze...śladów przypominających jak pragnąc bardziej niżeli pozwala na to rozsądek.
Rozpędzone emocje pulsujące pod moją powieką i skradzione zmysły przez każdą Twoją zbyt bliską bliskość- to bez znaczenia, chociaż to przecież cała suma moich nieskromnych bóli.
Zdeptaj we mnie winę, za którą nie jestem odpowiedzialna i nazwij mnie wolnością bez Ciebie. 
Zamknij mi drzwi, gdy będę chciała w bezdechu zapłakać za Twoim progiem. Gdy w bezsilności upadnę jak nic niewarte gruzy. 
Wyziębiłam się nicością i wyziębiłam się od wstrzyknięć zimnej krwi po ubytkach Ciebie we mnie. Mnie w Tobie. Nas.  
Zapomnij za mnie i za siebie jak bardzo było nas pełno w żyłach, w tętnicach w dźwiękach, które przepadły tego cholernego dnia.
Nigdy nie proś o powroty, bo nie znasz sił moich upadków. 




środa, 28 stycznia 2015

pustka




P U S T K A


(Jesteś tam, gdzie pozostawiasz za sobą echo, 
zapach szkockiej i ogrzane usta.
Problem w tym, że niektórzy mają problemy z pamięcią.)






Rozdzielała nas tylko pustka.
Cholerne wybrzuszenie emocji, które wrastało w Twoje nagie serce.
Nagie od ciepłych iskier i dźwięku bezpiecznych kroków.
Nosiłaś w oczach strach i ogromny ból, tak wielki, że przerastał intensywność czarnych tęczówek, porażających swoją niepewnością, gdy nagle spoglądałaś prosto na mnie.
Nie bałem się Ciebie, ale o Ciebie. O to, że się poddasz, któregoś z tych cholernych samotnych wieczorów, do których nie chciałaś mnie wpuścić.
Zamykałaś drzwi, chowałaś się i dławiłaś. Zimnem, cierpieniem, brakiem ukojenia.
Nigdy nie dogoniłem Twojego spojrzenia.
Byłaś bezkresem i świstem w moich powiekach.
Niedogoniona, niedościgniona, prawdziwa i zbyt daleka, nawet i szczególnie wtedy, gdy stałaś tuż przy mnie.
Mieszałaś mi wszystko. Byłaś łamigłówką, zamknęłaś się a ja nie znałem możliwości otwierania Twojego serca.
Byłaś wszystkim, co najlepsze i wszystkim, co mnie niszczyło.
Dudnisz emocją, echem, świtem i zachodem dreszczy.
Zaklinam Cię w swoich dłoniach, ale zupełnie błędnie. Nie ma sposobu, by Cie poskromić, zatrzymać.
Kiedy Cię wdycham całą powierzchnią płuc, zawsze zostawiasz w nich pustkę, chociaż absurdalnie pełno Cie w moich wnętrzach.
Skaziłaś mi świat swoją siłą i tym, że pachniesz jednocześnie delikatnym szeptem.
Tyle razy chciałem zbudować mur, za którym zostawię wszystko co we mnie zasiałaś. Próbowałem wykrztusić smak Twoich ust, ogień Twojej skóry i wspomnienia ucieczek. Nie potrafię. Jestem bezsilny, bo wdrążyłem Cię w swoją codzienność, chociaż ostrzegałaś mnie przed życiem przy Tobie.
I dzisiaj, gdy zakładam na struny gitary dźwięk własnych cierpień, poddaje się setny raz, by znów zaklinać ciszę bólem, którego nigdy nie ubywa. Moja muzyka brzmi niespokojnie, tak jak każdy mój sen bez Ciebie.
Nikt nigdy mi tak nie smakował.
Nikt nigdy nie układał mi się tak swobodnie w ramionach, tylko po to, by zawsze z nich uciekać.





niedziela, 18 stycznia 2015

grunt



G R U N T




(za dużo czuję, niż mogę. 
czy wtedy już się nie umiera? 
właśnie wtedy, gdy ból otępia ciało?)






Zapominałem przy Tobie słów. 
Nie dlatego, że mnie onieśmielałaś, tylko dlatego, że czasami nie potrafiłem ich dobrać.
Słowa nie zasługiwały na to, by Cię nimi określać.
Nie znałem mocy, która nie traciłaby przy Tobie blasku, gdy uśmiechałaś się kącikiem warg,gdy tylko wyczuwałaś szelest moich dłoni na swoim karku. 
Cholera. Sam sobie Ciebie zazdrościłem, gdy przyjmowałaś gości do naszego wspólnego mieszkania, ubrana w czerwoną, klasyczną sukienkę.
Miałaś w sobie tyle kobiecości, gdy materiał opinał się na Twoich biodrach. 
Zabijałaś wszelkie cierpienia, lęki, złości, kiedy uśmiechałaś się w pełni. Jak księżyc, którego nikt nie pojmuje a jednocześnie zachwyca zmysły.
Byłaś tak wdzięczna światu i ludziom za emocje, echo, ciszę i krzyk. Umiałaś wszystko oddzielić, traktować życie jak dar. Byłaś w tym tak perfekcyjna, że nie umiałem Ciebie nie pragnąć.
Zabierałaś mi grunt i pewność detalami dźwięków, sprężystością swojego ciała, głębokościom spojrzeń i prostym zamykaniem powiek. 
Miałaś w sobie tak wiele prostoty, która wydawała mi się niepowtarzalna. 
Czuję wilgoć Twoich oddechów, gdy uczyłem się na pamięć każdego Twojego skrawka. 
Słyszę jak bicie Twojego serca dziękuje za duszną atmosferę, zamkniętą w urwanych spojrzeniach i czuję jak delikatność Twoich dłoni, rozpala taflę ciepła na moich plecach.
Gdzie jesteś, gdy świat zgasił krzyk?
Gdzie jesteś, gdy próbuję pozbyć się serca, nosząc w nim tony utęsknionych wspomnień?
Gdzie jesteś, skoro byłaś wszystkim, co potrafiłem czuć całym sobą?...
gdzie...