środa, 28 stycznia 2015

pustka




P U S T K A


(Jesteś tam, gdzie pozostawiasz za sobą echo, 
zapach szkockiej i ogrzane usta.
Problem w tym, że niektórzy mają problemy z pamięcią.)






Rozdzielała nas tylko pustka.
Cholerne wybrzuszenie emocji, które wrastało w Twoje nagie serce.
Nagie od ciepłych iskier i dźwięku bezpiecznych kroków.
Nosiłaś w oczach strach i ogromny ból, tak wielki, że przerastał intensywność czarnych tęczówek, porażających swoją niepewnością, gdy nagle spoglądałaś prosto na mnie.
Nie bałem się Ciebie, ale o Ciebie. O to, że się poddasz, któregoś z tych cholernych samotnych wieczorów, do których nie chciałaś mnie wpuścić.
Zamykałaś drzwi, chowałaś się i dławiłaś. Zimnem, cierpieniem, brakiem ukojenia.
Nigdy nie dogoniłem Twojego spojrzenia.
Byłaś bezkresem i świstem w moich powiekach.
Niedogoniona, niedościgniona, prawdziwa i zbyt daleka, nawet i szczególnie wtedy, gdy stałaś tuż przy mnie.
Mieszałaś mi wszystko. Byłaś łamigłówką, zamknęłaś się a ja nie znałem możliwości otwierania Twojego serca.
Byłaś wszystkim, co najlepsze i wszystkim, co mnie niszczyło.
Dudnisz emocją, echem, świtem i zachodem dreszczy.
Zaklinam Cię w swoich dłoniach, ale zupełnie błędnie. Nie ma sposobu, by Cie poskromić, zatrzymać.
Kiedy Cię wdycham całą powierzchnią płuc, zawsze zostawiasz w nich pustkę, chociaż absurdalnie pełno Cie w moich wnętrzach.
Skaziłaś mi świat swoją siłą i tym, że pachniesz jednocześnie delikatnym szeptem.
Tyle razy chciałem zbudować mur, za którym zostawię wszystko co we mnie zasiałaś. Próbowałem wykrztusić smak Twoich ust, ogień Twojej skóry i wspomnienia ucieczek. Nie potrafię. Jestem bezsilny, bo wdrążyłem Cię w swoją codzienność, chociaż ostrzegałaś mnie przed życiem przy Tobie.
I dzisiaj, gdy zakładam na struny gitary dźwięk własnych cierpień, poddaje się setny raz, by znów zaklinać ciszę bólem, którego nigdy nie ubywa. Moja muzyka brzmi niespokojnie, tak jak każdy mój sen bez Ciebie.
Nikt nigdy mi tak nie smakował.
Nikt nigdy nie układał mi się tak swobodnie w ramionach, tylko po to, by zawsze z nich uciekać.





niedziela, 18 stycznia 2015

grunt



G R U N T




(za dużo czuję, niż mogę. 
czy wtedy już się nie umiera? 
właśnie wtedy, gdy ból otępia ciało?)






Zapominałem przy Tobie słów. 
Nie dlatego, że mnie onieśmielałaś, tylko dlatego, że czasami nie potrafiłem ich dobrać.
Słowa nie zasługiwały na to, by Cię nimi określać.
Nie znałem mocy, która nie traciłaby przy Tobie blasku, gdy uśmiechałaś się kącikiem warg,gdy tylko wyczuwałaś szelest moich dłoni na swoim karku. 
Cholera. Sam sobie Ciebie zazdrościłem, gdy przyjmowałaś gości do naszego wspólnego mieszkania, ubrana w czerwoną, klasyczną sukienkę.
Miałaś w sobie tyle kobiecości, gdy materiał opinał się na Twoich biodrach. 
Zabijałaś wszelkie cierpienia, lęki, złości, kiedy uśmiechałaś się w pełni. Jak księżyc, którego nikt nie pojmuje a jednocześnie zachwyca zmysły.
Byłaś tak wdzięczna światu i ludziom za emocje, echo, ciszę i krzyk. Umiałaś wszystko oddzielić, traktować życie jak dar. Byłaś w tym tak perfekcyjna, że nie umiałem Ciebie nie pragnąć.
Zabierałaś mi grunt i pewność detalami dźwięków, sprężystością swojego ciała, głębokościom spojrzeń i prostym zamykaniem powiek. 
Miałaś w sobie tak wiele prostoty, która wydawała mi się niepowtarzalna. 
Czuję wilgoć Twoich oddechów, gdy uczyłem się na pamięć każdego Twojego skrawka. 
Słyszę jak bicie Twojego serca dziękuje za duszną atmosferę, zamkniętą w urwanych spojrzeniach i czuję jak delikatność Twoich dłoni, rozpala taflę ciepła na moich plecach.
Gdzie jesteś, gdy świat zgasił krzyk?
Gdzie jesteś, gdy próbuję pozbyć się serca, nosząc w nim tony utęsknionych wspomnień?
Gdzie jesteś, skoro byłaś wszystkim, co potrafiłem czuć całym sobą?...
gdzie...