czwartek, 26 lutego 2015

niedopalenia





N      I      E     D     O     P     A     L     E     N     I     A 



''nakreślasz mnie cierpkim dreszczem,
wyrastam przez Ciebie w kolcach.
i przez Ciebie ból nosi się w moich oczach,
dłużej niżeli krótką sekundę''






Krok za krokiem. Błąd przekreślany kolejnym ruchem. Oddalam próżnię i i nie mam nic prócz tego co przede mną.
W domu bywam swoim własnym gościem. Nie chcę liczyć czasu, w którym zamykam za sobą drzwi i mięknę pod ciężarem łez. Tylko, gdy przekraczam próg mieszkania, bywam naturalnym stadium rozpaczy. Mały pokój, w którym gościłam się w Twoich silnych ramionach, przestał być azylem dla mojego szczęścia. Pozwalam teraz tu sobie umierać każdego dnia tak samo, chociaż czas powinien goić.
Znam w tętnicach puls, który nadal reaguje na wspomnienie Twoich spojrzeń, kiedy stawałam przed Tobą unieruchomiona przez wstydliwość zmieszaną z Twoją pewnością. Zawsze mnie paraliżowałeś, robisz to nadal, tylko teraz zastygam w emocjach pełnych najzwyklejszego bólu. Mogliby mnie pytać o to, co czuję, gdy w zimnym powietrzu brakuje Twoich porannych oddechów. Mogłabym im odpowiedzieć, nazywając to dogłębnie. Ale wiesz? Najtrafniejszym stwierdzeniem jest okrzyknięcie tego wszystkiego zjadliwym bólem. Każdy wieczór zaczyna się bólem, każde moje świadome uniesienie płuc, boli. Każde przebudzenie przynosi mi ostrą świadomość braku Ciebie. Każdy poranek to przeglądanie pustych spojrzeń w lustrze. Bez lekarstw, znieczuleń, zabiegów, przeżywam ból. Nie znoszę zapachu papierosów, których nigdy nie dopalałeś do końca. Nosiłam w płucach Twoje wydechy w moje uchylone usta. Upalałam się Tobą w całości. Po kres rozsądku. Po końce drżeń. Po sekundy rozżarzonych pragnień.
Chciałabym ocalić siebie od zatracenia, dlatego wciąż walczę. Wybieram resztki sił i mimo tego, jak bardzo pragnę byś był ze mną, oddalam wszelką rozpacz na tyle ile mogę, gdy zatrzaskuję za sobą codziennie zamek o siódmej czterdzieści dwie. W świecie, gdy szarość, echo, bicia serc na chodnikach dudni jak zamknięte dźwięki ogłuszające swoją częstotliwością, nie ma miejsca na moje łzy i rozbite serce. Ludzie mijają mnie, nie wiedząc że działam na rezerwach wytrzymałości. Każdego z tych cholernych dni, czekam by świat oszczędził mnie w tym, co czuję albo może lepiej w tym, czego już nie odczuwam. Jestem brakiem zatrzymanym w próżni, ale wyrywam się jak uciekinier z nadzieją, że nic nie trwa wiecznie. Nawet umieranie.











2 komentarze:

  1. Ktoś odszedł od kogoś, kogo nie był wart. Musisz pogodzić się z przeszłością, by móc iść dalej. Na razie sama, ale silniejsza o te doświadczenie. Daj sobie czas, on wyleczy ból, a rany zagoją się z czasem, być może z czyjąś pomocą.

    OdpowiedzUsuń